CZYTELNICZE PODSUMOWANIE CZERWCA 2017

CZYTELNICZE PODSUMOWANIE CZERWCA 2017

Książki zdecydowanie zawładnęły czerwcem. Mimo, że był to miesiąc stresu, pracy, nerwów i załatwiania wszelkich spraw szkolnych, udawało mi się znaleźć czas na czytanie. Ostatnie dni do końca roku szkolnego były bardzo luźne, chodziłam do szkoły tylko dlatego, że nie miałam nic do roboty w domu, a tak mogłam spędzić czas z koleżankami. Oczywiście większość niby lekcji wykorzystywałam na czytanie książek.

Przeczytane książki 

Przeczytałam o dziwo 4 książki w tym miesiącu. Dla was to pewnie mało, ale zważywszy na moje powolne czytanie, wynik jest całkiem niezły.


Margo - Tarryn Fisher. Książka bardzo mi się podobała. Miała swój urok. Mimo, że przeważał mrok i ponurość, fajnie się ją czytało. Podziwiam Tarryn za wykreowanie tak dziwnej postaci jaką jest Margo. Dziewczyna ma trudne życie. Matka z depresją, ojciec nieznany i miasteczko Bone, w którym ludzie nigdy nie zaznali szczęścia. Celem Margo jest wydostać się z życiowej pułapki, zapomnieć o przeszłości. Powiem jedno - nie potrafiłam przestać czytać tej książki. Wciągnęła mnie na dobre, podobnie moją przyjaciółkę.

Pax - Sara Pennypacker. Książka została wygrana w konkursie u Uzależnionej od książek. Przeczytałam ją z zapartym tchem. Jest to piękna historia przyjaźni zwierzęcia z człowiekiem, dokładnie lisa Paxa z chłopcem Peterem. Pierwsze z czym skojarzyła mi się ta książka to Mały Książę. Ma w jakiś sposób do niej nawiązanie. Sara ukazała w swojej książce jak wielką moc ma wiara i przyjaźń. Warto walczyć o swoje, nie poddawać się mimo przeciwności - to rady, które można wyciągnąć z Paxa. 

Sherlock Holmes Studium w szkarłacie - Arthur Conan Doyle. Nie mam co się rozpisywać o tej książce. Chyba każdy słyszał i zna Sherlocka Holmesa. Inteligentny mężczyzna, który sprawia wrażenie człowieka z szóstym, a nawet siódmym zmysłem. Dość długo i ciężko czytało mi się tę książkę. Może powieści detektywistyczne nie są po prostu dla mnie?

Zapisane w wodzie - Paula Hawkins. Jest to autorka Dziewczyny z pociągu, która mimo rozgłosu i popularności, w Polsce zebrała mało pozytywnych opinii. Zapisane w wodzie to kolejna książka Pauli. Gdzie nie spojrzę, tam jest. Po prostu ma (lub słyszał o niej) każdy miłośnik książek. Wiele osób twierdzi, że jest lepsza od poprzedniej. Moje zdanie poznacie w najbliższej recenzji :)

Kupione książki 

Książki za 5zł zrobiły swoje... Nie kupiłam na szczęście ich tyle ile w maju.


1. Rozdroża - Wiliam Paul Young. Chata jego autorstwa była moim zdaniem fenomenalna. Przypadkiem odkryłam jego inną książkę za 5zł, która okładkowo kosztuje 35zł! Myślę, że była to świetna okazja, zwłaszcza że uwielbiam tego autora. Nie mogę się doczekać, aż w końcu będę mogła ją przeczytać.
2. Pragnienie - Carrie Jones. W zasadzie, książkę znalazłam przypadkiem. Wygląda na fantastykę, ale bardzo niepopularną. Nigdzie jeszcze o niej nie słyszałam. Ciekawe czy będę żałować jej zakupu...
3. Sherlock Holmes - Arthur Conan Doyle. Udało mi się upolować jedynie dwie części: Studium w szkarłacie i Dolina strachu. Pierwsza część już za mną i niestety, wnioskuję że książki detektywistyczne nie są moimi ulubieńcami.
4. Biel zapiski z Afryki - Marcin Kydryński. Kupiłam tę książkę podczas oferty z książkami podróżniczymi. Od razu wiedziałam, że muszę ją mieć. Powoli zbieram książki ze zdjęciami w roli głównej. Tak jakby albumy. Uwielbiam po prostu oglądać cudze zdjęcia, które potrafią wiele przekazywać odbiorcy. Cudowne fotografie w tej książce nie są jedynym powodem jej zakupu. Interesuję się Afryką, ludźmi tam żyjącymi, chętnie oglądam na ten temat programy i czytam książki, więc ta pozycja była dla mnie jak widać idealna. 

Bonus!

Na koniec roku szkolnego dostałam książkę od pani bibliotekarki. Nie wiedziała, jak ma się odwdzięczyć za moją całoroczną pomoc, więc postanowiła podarować mi po prostu książkę. Wypadło na Kinga, którego nie miałam jeszcze okazji czytać. Książka nosi tytuł Christine, grubość powiem szczerze mnie przeraziła. Prawie 1000 stron... Dajcie znać jeśli ją czytaliście, czy warto.


Ile udało wam się przeczytać książek w czerwcu? Może wpadły wam w ręce jakieś nowe?
ULUBIEŃCY MIESIĄCA | CZERWIEC '17

ULUBIEŃCY MIESIĄCA | CZERWIEC '17


Czerwiec był miesiącem bogatym kulturowo. Przeczytałam bardzo dobre książki, napisałam nawet o nich recenzję. Część muzyczna zapewniam, że nie będzie dzisiaj uboga. Niestety w czerwcu nie znalazł się żaden ulubieniec kosmetyczny, ale w zamian polecę wam film fantasy, dzięki któremu mam ochotę przeczytać książkę o tym samym tytule.

Muzyka

Pierwszą piosenkę poznałam dzięki mojej przyjaciółce. Co do reszty nut, to jak widać pojawiają się ,,nowe" twarze. W czerwcu byłam na koncercie mojego ukochanego Mesajah, więc nie mogło go zabraknąć w moim zestawieniu. Harry bardzo zaskoczył mnie swoją piosenką, co do Bezimiennych - odkryłam ich przypadkiem podczas szukania ciekawych nut do treningów :)

Lil Peep - Crybaby


Mesajah - Powiedz kim byś był


Harry Styles - Sign of the Times


Kygo, Selena Gomez - It Ain't Me


Bezimienni - Nigdy nie zostaniesz sam


Książki

Przyznać muszę, że książki w tym miesiącu nie są byle jakie. Wprawdzie tylko (a może aż?) dwie pozycje, ale za to jakie niesamowite! Sami się przekonajcie, obie recenzję są już na blogu.


Margo - Tarryn Fisher. Kontrowersyjna książka, to trzeba przyznać. Kupiłam ją w kwietniu i dopiero teraz miałam czas żeby sobie ją przeczytać. Książka jest dość mroczna, przygnębiająca, smutna i w pewnych momentach nawet przerażająca. Opowiada ona historię młodej dziewczyny, która mieszka w miasteczku, w którym tak na prawdę nigdy nie zagościło szczęście. Ludzie są tutaj uwięzieni, nie mają odwagi opuścić tego miejsca na rzecz czegoś lepszego. Margo to dziewczyna w której głowie roi się od chorych myśli. Życie jej wcale nie oszczędza, dodatkowo sama chyba je nakłania, żeby jej jeszcze bardziej dowalało.

Pax - Sara Pennypacker. Książka została wygrana w konkursie majowym u Uzależnionej od książek. Śmiało stwierdzam, że ta pozycja jest na miarę Małego Księcia, którego z całego serca kocham. Jest to piękna, wzruszająca historia bezwarunkowej przyjaźni chłopca z liskiem. Główny bohater - Peter, zostaje zmuszony wypuścić do lasu udomowionego Paxa, którego wychowywał od malucha. Jest to dla obu stron bardzo ciężkie, tęsknota i ból nie są w stanie ich opuścić. Autorka ukazała coś niesamowitego w swojej książce. Pokazała jak wielką moc ma wiara, walka i nie tracenie nadziei. Uważam, że każdy powinien przeczytać tę książkę. 

Film

Książka ,,Siedem minut po północy" jest bardzo polecaną pozycją. Na pewno kiedyś sobie ją kupię. Na razie w czerwcu zadowoliłam się filmem o tym samym tytule. Myślałam, że to zwykła fantastyka. Po obejrzeniu zmieniłam zdanie. To nie jest zwykły film fantasy, serio. Opowiada historię chłopca, który miewa dziwne sny, ich bohaterem jest potwór powstający z drzewa. Zawsze o 00:07 chłopiec doświadcza czegoś dziwnego, na początku przerażającego, z czasem jednak można się do tego przyzwyczaić. Widzi po prostu ogromnego potwora, niby w śnie niby w rzeczywistości. Jaki jest jego cel w filmie? Potwór opowiada chłopcu 3 historie, które za każdym razem coś za sobą niosą, jakiś konkretny przekaz, nową lekcje życiową. Bohater ma poważnie chorą mamę, która jest dla niego całym światem. Nie może patrzeć na jej cierpienie, bezsilność kobiety jak i lekarzy. Duży wkład ma właśnie nasz senny potwór, który jak później się okazuje, nie jest tylko wymysłem chłopaka...


Myślę, że czerwiec był ciekawy odnośnie ulubieńców. Można powiedzieć, że odkryłam w tym miesiącu same perełki. Czytaliście Paxa albo Margo? A może oglądaliście (lub czytaliście) Siedem minut po północy? Dajcie znać. 
BOOK HAUL CZERWCOWY

BOOK HAUL CZERWCOWY

W czerwcu nabyłam kilka bardzo ciekawych książek. Żal było nie skorzystać z oferty Biedronki. Można było w niej dostać książki po 5zł! Powiem szczerze, że byłby to świetny pomysł, gdyby nie to, że mało która książka była niezniszczona. Wszystko było powrzucane do jednego kosza, ludzie nie wiadomo ile razy przekopywali je i takim sposobem, cudem było że znalazłam kilka fajnych książek w prawie idealnym stanie.


Książki, na które zwróciłam szczególną uwagę to seria Sherlocka Holmesa. Udało mi się znaleźć jedynie dwie części, z czego pierwsza już jest za mną i szału nie było niestety. Chyba książki detektywistyczne nie są moim typem. Nie wiem kiedy zabiorę się za drugą...




Jak wiecie, Chata Wiliama Paula Younga bardzo mi się podobała, co można wywnioskować z recenzji o tej książce. Przypadł mi do gustu styl pisania tego autora, co za tym idzie, chciałam poznać resztę jego twórczości. Za 5zł udało mi się znaleźć książkę Wiliama - Rozdroża. Szczerze? Wzięłam ją w ciemno. Nie wiem o czym jest, ale podejrzewam że o życiu, jego sensie czy czymś takim. Mam nadzieję, że będzie równie dobra jak Chata.


Kolejną pozycją jest Pragnienie Carrie Jones. Zupełnie przypadkiem wpadła mi w ręce. Okładka od razu skojarzyła mi się z serią Akademia Mitu (swoją drogą, uwielbiam ją!). Oczywiście jest moim zdaniem paskudna, jak większość okładek z ustami i twarzami. Co przekonało mnie do zakupu oprócz niskiej ceny (5zł)? Pierwsze zdanie z tyłu okładki ,,Zara kolekcjonuje fobie, tak jak inne nastolatki kolekcjonują przyjaciół na Facebooku". Pomyślałam, że może warto dać jej szansę i przekonać się co kryje jej wnętrze. 


Ostatnia książka została zakupiona na kiermaszu z książkami podróżniczymi (jak wcześniej, również w Biedronce). Biel notatki z Afryki Marcina Kydryńskiego. Autor jest podróżnikiem i fotografem. Książkę kupiłam ze względu na dwie rzeczy - po pierwsze, większość stron to piękne zdjęcia wykonane przez pana Marcina, a po drugie, lubię książki i programy na temat Afryki, ludzi tam żyjących. W najbliższym czasie na pewno ją przeczytam i napiszę recenzję. 




Mam postanowienie, że nie kupię już żadnej książki dopóki nie przeczytam zaległych. Wakacje są idealnym momentem na to. Całe dnie wolnego, można czytać od rana do wieczora :D Długo na to czekałam.
PAX - SARA PENNYPACKER | KSIĄŻKA NA MIARĘ MAŁEGO KSIĘCIA

PAX - SARA PENNYPACKER | KSIĄŻKA NA MIARĘ MAŁEGO KSIĘCIA


Jestem wielbicielką Małego Księcia. Uważam, że jest to książka, którą powinien przeczytać każdy niezależnie od wieku. Wielu osobom pewnie ta książka się już przejadła, co rozumiem doskonale. Moja miłość do tego małego chłopca i jego przyjaciela liska trwa od dawna i podejrzewam, że nigdy nie zniknie. Wiadomo, że ja z nowościami książkowymi jak zawsze jestem daleko w tyle. Co chwilę słyszę, że ktoś poleca nowości, które niedawno wyszły, na co ja reaguje ,,Ale ja jeszcze muszę przeczytać książkę sprzed kilku miesięcy''. Jest ktoś, kto podobnie jak ja nie idzie z nowościami i czyta je grubo po premierze? Łączmy się! Była ostatnio Margo, przyszedł czas w takim razie na książkę o której krążą ciekawe opinie w ostatnim czasie (bardzo pozytywne swoją drogą) - Pax Sary Pennypacker. Jest to jedna z wielu książek, które koniecznie musiałam przeczytać. Jako, że nie robię zakupów książkowych przez internet (mój portfel bez tego już płacze), tylko poluję na ciekawe książki w marketach po taniości, można łatwo się domyślić, że nie miałam okazji kupić Paxa. Miałam zakup w planach, ale jak to bywa, cały czas zwlekałam i nigdy bym chyba się go nie doczekała gdyby nie konkurs u Wyznania uzależnionej od książek. Nie mogłam szczerze mówiąc uwierzyć, że w końcu udało mi się wygrać w jakimś konkursie. Znacie to cudowne uczucie kiedy listonosz wręcza wam wyczekiwaną paczkę w wasze ręce? Swoją drogą, dotarła do mnie bardzo szybko. Zaczęłam ją czytać jeszcze tego samego dnia i postanowiłam koniecznie ją zrecenzować.


Książka Sary Pennypacker to powieść, w której nie zabraknie emocji, a nawet wzruszeń (muszę się pochwalić, że nie płakałam, jak to zdarza mi się przy podobnych książkach. Zaszkliły mi się jedynie w pewnych momentach oczy). Na początku myślałam, że Pax będzie książką skierowaną głównie do młodszych czytelników. Po przeczytaniu, mam takie samo zdanie jak o Małym Księciu - nadaję się dla każdego niezależnie od wieku. Jest ona wypełniona cudownym przekazem, o którym nie powinniśmy zapominać. Nadzieja umiera ostatnia - myślę, że to idealnie pasuje do tej książki.
Głównym bohaterem jest chłopiec o imieniu Peter. Nie jest jak wszystkie dzieciaki w jego wieku. Jego przyjacielem nie jest ktoś ze szkoły, tylko lis o pięknym imieniu Pax, które znaczy pokój! Peter uważa, że życie bez niego by nie istniało. Chłopiec opiekował się Paxem od jego pierwszych chwil w wielkim świecie. Obaj są przykładem nierozłączności i bezwarunkowej miłości. Czytając ich historie ma się wrażenie, że są jednością. Tak jakby byli jedną osobą. Łączy tą dwójkę wiele, ale i też dzieli. Pax pokazuję, że jeśli zna się i wychowuje dzikie zwierzę od malucha, to można doświadczyć niesamowitej miłości i przyjaźni mimo dużej odmienności gatunkowej.
Narracja jest z perspektywy dwóch osobników. Z jednej strony Petera, który opowiada o walce, przeżyciach towarzyszących mu, oraz miłości do swojego zwierzątka. Z drugiej strony Paxa, który kocha swojego chłopca nad życie i choćby jeden dzień bez Petera jest dla niego czymś nie do pomyślenia. Przy okazji pokazywał on jak zwierzęta widzą ludzi, w jaki sposób odbierają ludzkie ruchy i reakcje. Któregoś dnia Peter dowiaduje się, że jego ojciec musi iść na wojnę. Chłopiec ma zamieszkać u dziadka, a Paxa... Oddać w ręce lasu, mówiąc łagodnie. Pax jest lisem udomowionym, który nie wie co to znaczy upolować sobie jedzenie, albo spać na liściach. Jak poradzi sobie bez chłopca? Jak Peter poradzi sobie ze stratą? Zapewniam was, że wola walki i nadzieja nie opuści nikogo. Sara ujęła ich ból straty, w lekkie słowa, które mimo to miały silne przekazy. Książka wydawała mi się trochę nieprzewidywalna, bo nie ukrywam, że los nie oszczędzał bohaterów na różne sposoby. Cały czas trzymałam kciuki, żeby życie układało się po ich myśli. Czy zawsze moje prośby były spełnianie? Przekonajcie się sami.



OCENA: 8,5/10

Autorka ma zdecydowanie rękę do pisania książek, których nie można przeczytać jak najszybciej, byle skończyć. Historia Paxa i Petera nie jest zbyt wesoła, czytelnik powinien skupić się na niej i spróbować zrozumieć przekazy, sens. Pax to piękna powieść na miarę Małego Księcia. Polecam po nią sięgnąć w wolnej chwili. Myślę, że nie pożałujecie gdy poznacie historię tej dwójki.
CO ODSTRASZA MNIE NA BLOGACH?

CO ODSTRASZA MNIE NA BLOGACH?


Każdy bloger marzy o pięknym, estetycznym blogu, na którym ludzie będą chętnie zostawać i często odwiedzać. Dążąc do tego chwytamy się wielu rozwiązań. Promowanie, zostawianie śladów po sobie na innych blogach, ,,upiększanie'' naszej strony po przez różne kolorowe pierdoły. Wiem, że chcecie dobrze dla waszego bloga i czytelników, ale pewne sprawy powinniście poważnie przemyślać. Sama moje blogowanie zaczynałam od okropnych grzechów, krzywdziłam mojego bloga i nie widziałam w tym nic złego. Co to znaczy krzywdziłam? Powiedzmy, że zalewałam go ogromem banerów, liczników i pstrokatych tapet. To w takim dużym skrócie. Myślałam, że robię dobrze, bo przecież mnóstwo jest podobnych blogów i całkiem nieźle funkcjonują. Z czasem zauważyłam swoje błędy i powoli zaczęłam je unicestwiać. Nie ukrywam, że talentem plastycznym, graficznym i w ogóle artystycznym to ja nie grzeszę. Mam dwie lewe ręce i wszystko co związane jest ze sztuką, w moich rękach zostaje zniszczone. Wspominam o tym po to, żeby zaznaczyć że wyglądy moich blogów nie są w większości moją zasługą. Wprawdzie na początku sama wszystko od podstaw tworzyłam, sama nauczyłam się ogarniać Bloggera i poświęcałam setki godzin na znalezienie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania związane ze zmianą wyglądu bloga, ale za każdą zmianą ciągnął się mój niedosyt, a nawet niezadowolenie. Bez bicia przyznam, że 3 lata temu nie myślałam o czymś takim jak obróbka zdjęć na bloga, banki zdjęć, kody CSS, szablony itd. Dopiero z upływem czasu zaczęła docierać do mnie potrzeba dowiedzenia się czegoś więcej o tych cudeńkach, które w jakimś sensie były dla mnie nie do pojęcia. Po moim jak zwykle długim wstępie, zapraszam do konkretów, czyli co mnie odstrasza na blogach. Co sprawia, że nie chcę na nich zostać na dłużej?

1. Banery, kursory, muzyczka i inne pierdoły

Wiem, super wyglądają w waszych oczach, są kolorowe i ,,na pewno przyciągną uwagę ludzi''. Jeśli ktoś z was dotychczas myślał, że to samo dobro i dlaczego by nie zostawić na blogu, ukazuję dla tych osób moje okrutne zdanie. Aktualnie na coraz większą skalę zyskują powodzenie blogi minimalistyczne. Rozumiem, że blogerzy współpracują z różnymi firmami, ale bez przesady kochani. Nie jestem za wstawianiem jakichkolwiek banerów na blogi, uważam to za zbędne, ale jeśli jest taka potrzeba to 1-2, a nie 10! Najgorsze jeśli są w ogóle nie związane z tematyką strony i są bo są. Rozpraszają czytelnika, nie pozwalają skupić się na tekście. Pamiętajcie, że wasze wpisy choćby były nie wiadomo jak fantastyczne, kolorowe pierdółki i lecąca znienacka muzyczka, którą nie wiadomo gdzie się wyłącza, po prostu dekoncentruje. Osoba przyszła dowiedzieć się czegoś wartościowego, a na samym wejściu zostaje zaatakowana milionem latających serduszek i kursorem ze słoneczkiem. Ja uciekam od razu z takich blogów, nie zaczynając nawet czytać wpisu na który przyszłam.

2. Ciemne tło i okropna czcionka

Wspominając o minimaliźmie miałam na myśli również kolorystykę bloga jak i czcionkę na nim. Zacznijmy od kolorów. Wiadomo, że nie da się dogodzić pod tym względem każdemu. Jeden lubi, kiedy blog jest czarno-biały, a ktoś inny lubi gdy blogi są różowe. Ja preferuję kolorystykę stonowaną, czyli czerń, biel i szarości, ale jeśli są dodatki w jednym kolorze np. turkusowym również mi się to podoba. Na blogach powinna panować zasada wszystko z umiarem. Trochę koloru, trochę bieli - to chyba najlepsze połączenie. Dlaczego akurat biel? Odpowiedź jest prosta - łatwiej i przyjemniej czyta się treści, ogląda zdjęcia. Nie wyobrażam sobie, np. czarnego tła z białą czcionką (małą, nieczytelną w dodatku!). Brrr. Moje zdanie jest takie, że tło z treścią powinno być białe, z ciemną szarą lub czarną i prostą czcionką. To po prostu ideał. Żadnych ozdobnych, powywijanych napisów, chyba że na zdjęciach (ale i tutaj trzeba dobierać czcionki z głową).

3. Kopiowanie całości treści kogoś innego i nie podawanie autora (dotyczy to również zdjęć)

U blogerów występuje coś takiego jak brak weny. To straszne zjawisko, które hamuje w nas potrzebę i zdolność pisania. Początkujący blogerzy chcąc zaradzić temu, kopiują czyjeś teksty. Najgorsze jest kiedy takie osoby upierają się, że to słowa z ich głów i na pewno od nikogo ich nie ukradły. Tak, ukradły. Wiecie, trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Uważam, że to fajna interakcja kiedy ktoś inspiruję się czyimś wytworem, ale pod warunkiem że pozostaje to tylko i wyłącznie inspiracją, a nie doszczętnym skopiowaniem. Ktoś poświęcił swój cenny czas, przychodzi taki jeden z drugim, kopiuj - wklej i praca idzie na marne. Rozumiem zacytowanie czyjejś wypowiedzi z podaniem autora, to jest w porządku. Czasem czyjaś wypowiedź może być świetnym pretekstem do przedstawienia własnych poglądów na dany temat. To, że skopiujecie coś słowo w słowo nie znaczy, że przyciągniecie w ten sposób do siebie dużą ilość czytelników. Mówię o samej treści, ale logiczne jest, że do powyższej wypowiedzi zaliczają się również zdjęcia. Nie każdy ma talent do robienia własnych zdjęć (albo ma, ale nie posiada dobrego sprzętu jak np. ja). Nie jest to przepustką do kopiowania wszystkich zdjęć z Google Grafika! Jeśli na prawdę nie wiecie skąd brać dobrej jakości zdjęcia bez konsekwencji, zajrzyjcie koniecznie do mojego wpisu z zestawieniem najlepszych, darmowych banków zdjęć.

4. Obs/obs, kom/kom

Matko blogowa, jak ja tego nie cierpię! Może nie jest to typowo związane z blogami, ale poniekąd jednak chyba tak. Promowanie się w Social Mediach, podawanie linków na innych blogach (oczywiście przy okazji, najważniejszy jest szczery komentarz!) czy na forach blogerskich. Sama korzystam z reklamowania się na Facebooku. Jest to świetne wyjście, dużo ludzi może poznać naszego bloga jeśli jeszcze nie miało okazji. Zasada takiej reklamy jest prosta - odwdzięczajmy się osobom, które do nas weszły i zostawiły coś po sobie. Uważam, że jest to ważne w naszym środowisku blogerów. Powinniśmy nawzajem się wspierać, ale nie w sposób taki: obs za obs, kom za kom (nieszczery komentarz za nieszczery komentarz). Można powiedzieć, że to (nie)poradnik zbierania czytelników. Co z tego, że ktoś dał ci obserwację, bo ty mu też dałeś, skoro i tak za kilka dni zapomni o istnieniu twojej strony. Osobiście wolę mieć kilku szczerych obserwatorów niż kilkaset takich, którzy zapomnieli, że ja w ogólę żyję i coś tam sobie prowadzę.

5. Brak wyszukiwarki i archiwum

Jeśli jakiś blog spodoba mi się i chcę przeczytać sobie inne posty danego blogera, idealnym ułatwieniem jest wyszukiwarka, albo chociaż archiwum z wpisami. Uważam, że to totalna podstawa na blogach, nie zależnie od tematyki. Co jeśli nie mogę znaleźć tych dwóch gadżetów na stronie? Powiem szczerze, że zniechęca mnie to na zostanie. Jeśli mam przewijać Bóg wie ile czasu wszystkie posty, żeby dojść do jakiegoś konkretnego to wolę wejść na innego bloga.

A wy czego nie lubicie na blogach? Co was na nich odstrasza?

MARGO - TARRYN FISHER | MROK TO JEJ DRUGIE IMIĘ

MARGO - TARRYN FISHER | MROK TO JEJ DRUGIE IMIĘ


Margo - Tarryn Fisher to jedna z wielu kontrowersyjnych książek. Ma na swoim koncie mieszane opinie. Albo ją pokochasz, albo znienawidzisz. Od początku chciałam ją koniecznie przeczytać, ale przez negatywne zdania na jej temat, trochę się obawiałam spotkania z nią. Na moje (nie)szczęście książka była dostępna kiedyś w Biedronce za 25zł. Wzięłam w sumie bez zastanowienia, bo uznałam to za dobrą okazję. Z natury daję szansę nawet najgorszym książkom i postanowiłam, że ta nie będzie wyjątkiem. 
Zapoznając się z wieloma opiniami, nie chciało mi się wierzyć, że ta książka będzie mroczna, ponura, a nawet przygnębiająca jak mogłam przeczytać. Chciałam na własnej skórze się przekonać, co jest prawdą a co nie. Po pierwszych kilku stronach wiedziałam dwie rzeczy - po pierwsze, nie będę mogła się oderwać od czytania, po drugie, klimat rzeczywiście nie będzie kolorowy i wesoły.

Główną bohaterką książki jest Margo. Podczas czytania możemy śledzić jej dorastanie i zachodzące zmiany. Autorka przedstawia jej życie jako coś tragicznego, na każdym kroku czai się mrok i zło. Margo nie jest jak wszyscy. Jest dziewczyną żyjącą w pułapce, z jednej strony życiowej, ale i nie tylko. Samo miejsce zamieszkania mówi za siebie. Swój dom nazywa Pożeraczem, a dlaczego to sami się przekonajcie. W małej miejscowości Bone życie nie tętni życiem, a na niebie nigdy nie zawitała kolorowa tęcza i słoneczko. To nie jest miejsce dla normalnych ludzi, bo po prostu nikt normalny by tu nie wytrzymał. Tarryn nieźle je wykreowała, pokazała coś innego niż to do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Szanuję to, bo w końcu poznałam zupełne przeciwieństwo szczęścia w książkach. Margo ma trudne życie, ze względu na swoją matkę, a raczej jej brak. Kobieta jest uzależniona od leków i gdyby tego było mało, coróż sprowadza nowego faceta do domu. Nie widzi, że krzywdzi córkę i nie obchodzi jej tak na prawdę co dzieje się z dziewczyną. Jedyne ich relacje to wynieś, przynieś, pozamiataj.

Smutek to emocja, której możesz zaufać. Jest silniejszy niż wszystkie inne. Przy smutku radość wydaję się chwilowa i niepewna

Margo to dziewczyna, w której głowie roi się od na prawdę dziwnych, mrocznych myśli, a dodatkowo życie bez obaw ją dobija wszystkim czym się da. Jako bohaterka książki jest dla mnie osobą z wieloma twarzami, o której trochę trudno jest mi się wypowiedzieć. Najpierw chciałam usprawiedliwiać jej zachowania i czyny, ale wraz z kolejnymi rozdziałami wyraźnie dostrzegłam jej odmienność i wariactwo. Z jednej strony intrygowała mnie jej osoba, próbowałam zrozumieć jej tok myślenia, ale z drugiej strony bałam się jej nieobliczalności. Czytając człowiek nie wiedział co zaraz ta wariatka wymyśli, jaki pomysł strzeli jej do głowy. W pewnych momentach miałam odczucia, że jej mózgiem kieruje jakaś tajemnicza moc, która każe czynić coś wbrew jej woli, ale to raczej mój umysł próbuje sobie zamaskować jej chorą osobowość.


Będę znać tylko ciemność; może kluczem jest uczynić z tego sztukę

OCENA: 10/10

Czy polecam tę książkę? Jeśli pogodzicie się z faktem, że każda strona to smutek, ciemność i mrok, to polecam sięgnąć. Nie żałuję, że ją przeczytałam. Było to ciekawe doświadczenie i sama w sobie książka była dobrą odskocznią od wesołych i miłych historyjek. Śmiało powiem, że należę do grupy osób, którym się podobało :)
ŻEL ZE ŚLUZEM ŚLIMAKA - ODKRYCIE W WALCE Z TRĄDZIKIEM?

ŻEL ZE ŚLUZEM ŚLIMAKA - ODKRYCIE W WALCE Z TRĄDZIKIEM?


Wiele dało mi się usłyszeć o kosmetykach na bazie śluzu ślimaka. Bardzo duża grupa osób zachwalała produkty z wielu firm, jako odkrycia w walce z niedoskonałościami, przebarwieniami i innymi problemami skórnymi. Przyznać trzeba, że ceny nie są niskie, przez co raczej nie zachęcają do zakupu produktów. Ceny wąchają się w granicach kilkudziesięciu złotych w górę (z tego co widziałam na różnych stronach internetowych). Mnie od razu odstraszały i powiedziałam, że pewnie nigdy nie sięgnę po te kosmetyki, bo jeśli okażą się nieskuteczne to będzie klapa.
Moja mama któregoś dnia przypadkiem natknęła się na żel ze śluzem ślimaka w Rossmannie za ok. 20zł. To niska cena jak na tego typu produkty. W ogóle nie wiedziałam, że takie rzeczy są w Rossmannie. Nie wiem niestety gdzie dokładnie ten produkt leży w sklepie, jeśli ktoś się skusi to będzie musiał poszukać w każdym regale chyba.

Skład - Aqua, Isopropyl Alcohol, Snail Secretion Filtrate (Helix Aspersa Muller), Propylene Glycol, Dimethicone, Glycerine, Glycosaminoglycans, Allantoin, Hydrolyzed Collagen, Pyridoxine HCL, Carbomer, Sodium Hydroxide, Phenylpropanol, Parfum

Od jakiegoś czasu na dzień stosowałam krem z SelfieProject (recenzja na blogu). Nie ukrywam, że chciałam znaleźć coś lepszego, bo tamten krem jedyne co robił to nawilżał skórę (słabo, ale jednak). Niedoskonałości w ogóle po nim nie znikały. Żel ze śluzem ślimaka był darem z niebios. Pierwsze otwarcie i moje słowa - ,,Ale śmierdzi". Zapach nie jest piękny, to trzeba przyznać. Ale liczy się działanie i efekty, a nie zapach. Żel jest przezroczysty, więc nie widać ile w ogóle się nabrało produktu. Z czasem nakłada się go już intuicyjnie. Żel świetnie się rozprowadza i szybko wchłania. Chwila i zdaję się, że nie mamy nic na twarzy. Po pierwszym użyciu już czułam różnicę! Skóra była zdecydowanie gładsza. Po 3-4 razach widziałam pozytywne zmiany na twarzy. Skóra stała się jaśniejsza, zaczerwienienia zaczęły ustępować, a niedoskonałości powoli znikać. Oczywiście nadal nie mam idealnej twarzy, ale dzięki temu kosmetykowi jestem na drodze ku dobru. Stosuję żel od ok. 2 miesięcy i nie widać, że cokolwiek ubywa. Wydajność to wielki plus, pewnie dlatego, że nie trzeba tego produktu dużo nakładać na twarz.

Moim zdaniem, żel ze śluzem ślimaka to pielęgnacyjny hit w ostatnim czasie. Pozytywne opinię nie zostały rzucone na wiatr. Sama się przekonałam, że ten niepozorny produkt działa cuda.
Copyright © 2014 Klaudia Hrynczyszyn , Blogger